Reklama
  • Czwartek, 6 lipca (10:05)

    Kobiety zabijają inaczej Częstotliwość występowania cech charak- teryzujących seryjne ­zabójczyni

Wiele z ich zbrodni nigdy nie udaje się wykryć, a niektóre zostają ujawnione dopiero po wielu latach. Seryjne morderczynie zabijają według planu, w sposób kontrolowany, bez emocji i zwykle z dużym powodzeniem. Wspólnie z ekspertem w dziedzinie kryminologii badamy ten szczególny typ przestępców.

Stephan Harbort jest jednym z najbardziej znanych w Europie kryminologów. Jako oficer śledczy od 2012 roku wykłada nauki sądowe na Uniwersytecie w Chociebużu. Jego książki na temat seryjnych morderców od dawna uchodzą wśród fachowców za najważniejszą literaturę przedmiotu.

Od 1997 do 2016 roku Stephan Harbort przeprowadził wywiady z ponad 50 skazanymi zabójcami przebywającymi w więzieniach oraz szpitalach psychiatrycznych. Świat Wiedzy rozmawia z nim na temat mało zbadanego dotąd zjawiska, jakim jest sposób działania seryjnych morderczyń – dając interesujący wgląd w najmroczniejsze otchłanie kobiecej duszy...

Reklama

Świat Wiedzy: Dlaczego seryjni mordercy? Z jakiego powodu interesuje Pana ten bardzo rzadki typ człowieka?

Stephan Harbort, kryminolog: To właściwie kwestia przypadku. Jako student kryminologii miałem do czynienia z serią zabójstw, w której sprawcy, dwaj młodzi mężczyźni, wymordowali rodzinę jednego z nich po to, aby „wymusić dziedziczenie” – jak sami to określili. Podczas przesłuchania jeden z nich opowiadał o okrutnych zbrodniach, jakich dopuścił się na swoich najbliższych, tak jakby uczestniczył w nich jako obserwator: nieporuszony, z rzeczowością nieadekwatną do sytuacji, obojętnie.

Z jednej strony byłem tym oburzony, z drugiej zaś to zachowanie wzbudziło moją ciekawość. Zacząłem szukać informacji i szybko odkryłem, że na temat seryjnych morderców nie istniały żadne studia naukowe, żadna wiedza książkowa, nic istotnego. Była to biała plama na kryminologicznej mapie.

Zacząłem więc prowadzić badania – i kontynu­uję je do dziś. Impuls do tego, aby opublikować coś na ten temat poza branżą, dał mi pewien dziennikarz, który przeprowadzał ze mną wywiad na potrzeby programu dokumentalnego. Powiedział: – To, co pan robi, jest niesamowicie interesujące. Musi pan to spisać!

Co odróżnia zabijające kobiety od ­mężczyzn?

Morderczynie i mordercy różnią się od siebie pod wieloma względami, ale wydaje mi się, że tym, co najbardziej rzuca się w oczy podczas analizowania ich zbrodni, jest motywacja. Mężczyźni w osiemdziesięciu procentach przypadków zabijają z chciwości, na tle seksualnym albo dlatego, że chcą mieć władzę.

Inaczej jest z kobietami. Dla nich morderstwo to przede wszystkim radykalny sposób likwidowania konfliktów osobistych albo zawodowych. Ważne jest również to, że seryjne zabójczynie pozostają wierne swojej pierwotnej motywacji.

Jeśli chodzi o mężczyzn, to motory ich działań mogą się niekiedy zmieniać, zwłaszcza gdy przez wiele lat pozostają nierozpoznani. Kobiety mają też często osobisty stosunek do swoich ofiar – w przypadku mężczyzn tak nie jest. Ponadto preferują one raczej „miękkie” sposoby zabijania – podają ofiarom truciznę albo za duże dawki leków. Mężczyźni z kolei biją, duszą ofiarę rękoma, strzelają albo używają ostrych narzędzi.

Z iloma seryjnymi ­morderczyniami rozmawiał Pan w ­życiu?

Tylko cztery zechciały mi udzielić wywiadu. Starałem się pozyskać znacznie więcej rozmówczyń, ale zdarzało się tak, że osoby decyzyjne w więzieniach lub szpitalach psychiatrycznych sygnalizowały mi, że moment nie jest dobry, albo też same osadzone okazywały się nad wyraz powściągliwe i nieufne.

Mężczyźni są inni: bardziej otwarci, gotowi do nawiązania kontaktu oraz rozmowy, chętniej udzielają informacji. Kobiety zwykle wstydzą się popełnionych przez siebie czynów i nie chcą już być z nimi dłużej konfrontowane.

Mężczyźni obnoszą się z popełnionymi morderstwami, wykorzystują wewnętrzną „bestię”, by kokietować. Z tego powodu udało mi się przeprowadzić wywiady z ponad 50 seryjnymi mordercami i nawiązać z nimi dłuższe relacje, które po części trwają do dziś.

Czy podczas takich rozmów odczuwa Pan strach?

Strach w dosłownym znaczeniu tego słowa nie, ale zdarzało się, że pojawiało się nieprzyjemne uczucie. Tak właśnie było podczas mojego pierwszego wywiadu z seryjnym mordercą, który przeprowadzałem jesienią 1997 roku w zakładzie karnym, na oddziale o zaostrzonym rygorze. Naprzeciwko mnie siedział czterdziestosiedmioletni mężczyzna, krępy, dobrze umięśniony, nadzwyczaj inteligentny, elokwentny – i przebiegły.

Przez trzy godziny ani razu się nie uśmiechnął. Co jakiś czas zrywał się z krzesła, demonstrując z widoczną przyjemnością, w jaki sposób zabijał swoje ofiary: między innymi dwie kobiety, które należały do kręgu jego znajomych. Powiedział również, że chętnie zabiłby jeszcze swojego ojca. Potem mężczyzna po raz pierwszy spróbował się uśmiechnąć. To, co zobaczyłem, było przerażającym, niepokojącym grymasem, wyrażającym czystą pogardę dla ludzi – trzeba to zobaczyć, żeby zrozumieć, co mam na myśli.

Pomyślałem wtedy, i do dziś tak uważam: to mogło być to, co zwykliśmy nazywać złem. Na szczęście tego rodzaju przeżycia są rzadkimi wyjątkami.

Jak podchodzi Pan do rozmowy ze skazaną? Czy ma Pan jakąś strategię?

Nie, optymalne rozwiązanie nie istnieje. Doświadczenie pokazuje, że moi rozmówcy są bardzo różni, każdy wywiad przebiega inaczej. Bardzo ważne jest porządne przygotowanie. Wcześniej trzeba bowiem ustalić, na jakich warunkach rozmowa ma się odbyć. Jej tematem nie ma być indywidualna odpowiedzialność, wina czy pokuta – to odstraszyłoby wielu więźniów. Zasady gry także muszą być jasne dla obu stron.

Ta faza przygotowań jest trudna również z tego powodu, że najpierw muszę wyjaśnić listownie, o co mi chodzi. Jeśli na tej płaszczyźnie komunikacji nie uda mi się wzbudzić zainteresowania i zaufania – to jest już po sprawie. Gdy stosuje się taką formę nawiązywania bliższego kontaktu, może to trwać bardzo długo: w jednym przypadku upłynęło dwanaście lat, zanim mi się w końcu udało.

O co najpierw Pan pyta zabójczynię? Co interesuje Pana najbardziej?

W pierwszej kolejności chodzi o to, aby znaleźć wspólną bazę umożliwiającą nawiązanie rozmowy, ponieważ moja rozmówczyni jest na ogół spięta. Ja – również.

Dlatego z początku nie zadaję żadnych pytań, tylko wyjaśniam, kim nie chcę być i nie będę: policjantem, biegłym, prokuratorem, sędzią, terapeutą. Próbuję zbudować między nami most, wyjaśniając, że ani podczas wywiadu, ani po nim nie będzie ona oceniana czy osądzana. W ten sposób daję wyraźnie do zrozumienia, że dozwolone jest odejście od roli, jaka zwykle przypada więźniowi.

Swobodna gra sił: wszystko wolno, wszystko można powiedzieć, nie obawiając się oceny moralnej ani sankcji prawnych. Większość sprawców oraz sprawczyń nie zna tego wyjątkowego układu. Jeśli moja perswazja przynosi oczekiwane efekty, to najczęściej wywiązuje się otwarta rozmowa, szczera do bólu, interesująca i pouczająca.

Czy wyjątkowość schematów zbrodni popełnianych przez seryjne morderczynie sprawia, że są one bardziej niebezpieczne od mężczyzn?

Zaprzecza temu już statystyka: po drugiej wojnie światowej skazano za seryjne morderstwa około siedem razy więcej mężczyzn niż kobiet. W przypadku tych drugich nie chciałbym generalizować i mówić, że są wyjątkowo przebiegłe czy też niebezpieczne. Przede wszystkim jednak są one raczej bezczelne i z zimną krwią wykorzystują ufność otoczenia prywatnego oraz zawodowego.

Kobiety zwykle planują morderstwa tak, aby wyglądały na śmierć z przyczyn naturalnych – w końcu ich ofiary wywodzą się przeważnie z kręgu rodziny, przyjaciół albo środowiska zawodowego. To sprawia, że zadanie policji jest tak trudne. Jeśli bowiem nie ma podejrzeń o kryminalny aspekt całej sprawy, nie ma również dochodzenia.

Czy ze swojego doświadczenia mógłby Pan wskazać jakiś model zachowania tego typu kobiet? Gdzie uderzają? Jak? Kiedy? Dlaczego?

Za przykład niech nam posłuży niechciana ciąża. Kobieta ma już dwójkę albo trójkę dzieci, a w powietrzu między przyszłą sprawczynią oraz jej partnerem wisi wypowiedziane albo też niewypowiedziane: „wystarczy nam już dzieci”. W gruncie rzeczy kobieta jest za dzieckiem, ale oczekuje pozytywnej reakcji ze strony partnera. W związku z tym problem w dalszym ciągu jest przeczekiwany, a także wypierany.

Im bliżej terminu porodu, tym bardziej kuszące staje się radykalne rozwiązanie problemu: zabicie dziecka zaraz po urodzeniu. Gdy uda się skutecznie zatuszować morderstwo, zostanie ono zaakceptowane jako przepis na sukces. Najpóźniej po drugim zabójstwie następuje ponadto oswojenie się z popełnionym czynem, co sprzyja kolejnym zbrodniom.

Która ze znanych Panu seryjnych morderczyń odniosła największe „sukcesy”. Ile ofiar ma ona na swoim koncie?

Ciężko powiedzieć. Mimo że znam wiele przypadków, nie potrafię podać niepodważalnych liczb. Jako przykład przytoczę sprawę pewnej pracującej na własny rachunek opiekunki osób starszych. Ostatecznie skazano ją za sześć popełnionych oraz dwa usiłowane morderstwa na pacjentach. Tymczasem policja i prokuratura znalazły mocne poszlaki na 17 popełnionych zabójstw i 18 prób.

Kim zazwyczaj są ofiary?

Z reguły są to albo ludzie bardzo młodzi, jak niemowlęta lub małe dzieci, które stoją na przeszkodzie planom życiowym sprawczyni, dorośli w kontekście problemów w związkach albo starsze ofiary, jak w przypadku zabójstw pacjentów w szpitalach bądź hospicjach.

Czy istnieją cechy, na podstawie których można zidentyfikować seryjną morderczynię? Albo sygnały ostrzegawcze, które powinny nas zaniepokoić?

Istnieje szereg charakterystycznych cech społecznych, które często można zaobserwować. To przede wszystkim osoby między dwudziestym a czterdziestym rokiem życia, o inteligencji niższej niż przeciętna aż po przeciętną, żyjące w związku albo zamężne, pracujące zawodowo, które nie były notowane przez policję ani karane. Jednakże te cechy pasują do milionów kobiet. Na tej podstawie nie można więc wysuwać wniosków.

O wiele większe znaczenie zdaje się mieć osobowość sprawczyń. W większości przypadków nie mają one jej zaburzeń, lecz wyraźnie zarysowaną tak zwaną strukturę cech osobowościowych, więc psychicznie nie są one zdrowe, ale również nie są chore – to stan pośredni, szara strefa między jednym a drugim.

W gruncie rzeczy wyróżnia się tutaj kilka cech: często są to kobiety z niskim poczuciem własnej wartości, pozbawione empatii, które prawie w ogóle nie są w stanie wczuć się w myśli i uczucia innych ludzi. Żyją raczej do wewnątrz niż na zewnątrz, dysponują ograniczonymi kompetencjami społecznymi i nie nauczyły się rozwiązywać konfliktów.

Czy każda kobieta może zabić?

Nie powiedziałbym tego, dla mnie to zbyt duże uogólnienie. Gdyby tak było, seryjnych morderczyń musiałoby być znacznie więcej. Ich czyny z reguły poprzedza jednak powolny proces psychicznej brutalizacji oraz społecznego wyobcowania.

Gdy te nieprawidłowości rozwiną się, ofiara nie jest już postrzegana jako człowiek, lecz jako problem, sprawa, rzecz, której trzeba się pozbyć. Taka forma braku empatii – moim zdaniem – może rozwinąć się tylko wtedy, gdy spełnione są odpowiednie warunki, których większość kobiet ani nie może, ani nie chce spełnić.

Gdyby musiał Pan się zdecydować na jeden konkretny przypadek: która z seryjnych morderczyń szczególnie zapadła Panu w pamięć? I dlaczego?

To przypadek, który opisałem w książce: pewna kobieta morduje swoje dzieci, jedno po drugim, ponieważ czuje, że ją ograniczają. Nie chce się nimi zajmować i woli flirtować z mężczyznami oraz przeżywać przygody seksualne. To sprawa bardzo trudna do przepracowania, szczególnie gdy jest się rodzicem, tak jak ja. Ciężko w ogóle pojąć, jak bardzo samolubni mogą stać się ludzie.

Jak powinien w takich sprawach działać policjant? Jakie metody śledztwa są najskuteczniejsze?

W większości przypadków policja kryminalna w ogóle nie prowadzi śledztwa, ponieważ sprawy nie ma: albo dlatego, że nie odnaleziono ofiary, albo też błędnie sklasyfikowano morderstwo jako śmierć z przyczyn naturalnych – na przykład gdy chodzi o zabójstwa pacjentów. Nie istnieją metody prowadzenia śledztwa przystosowane specjalnie do ścigania kobiet. Tym, który pomaga, często jest „komisarz Przypadek”.

Czy kiedykolwiek odczuwał Pan sympatię do seryjnej morderczyni?

Zasadniczo nie. Nie wiem, dlaczego miałbym taką osobę darzyć sympatią, niezależnie od płci. Ale rozumiem przyczynę i skutek. Przykładem są negatywne doświadczenia z dzieciństwa. Ostatnimi czasy często się mówi: nie chcemy już tego więcej słuchać, złe dzieciństwo i tym podobne – mieliśmy je wszyscy! To prawda, że z jednej strony jest znacznie więcej ludzi, którzy mieli w wieku dziecięcym czy w młodości negatywne doświadczenia, a nie zostali kryminalistami.

„Złe dzieciństwo” z całą pewnością samo w sobie nie nadaje się do tego, aby usprawiedliwiać nim morderstwa – ani inne przestępstwa. Z drugiej strony, po ponad dwudziestu latach badania seryjnych zabójstw muszę stwierdzić, że negatywne zjawiska, które towarzyszą dzieciństwu, właśnie w tym przypadku są czynnikiem o bardzo istotnym znaczeniu. Trzeba to wiedzieć i akceptować, jednakże o wiele ważniejsze wydaje mi się to, aby wyciągać prawidłowe lekcje i wnioski.

Czy badanie seryjnych morderców traktuje Pan jako część pracy policyjnej i krymino­logicznej czy raczej jako swego rodzaju wyjątkowe hobby?

Wolałbym nie używać pojęcia „hobby” w tym kontekście. W końcu od dwudziestu lat prowadzę we współpracy z różnymi uniwersytetami badania i eksperymenty w kraju oraz za granicą. Opracowaliśmy kilka wykorzystywanych na arenie międzynarodowej metod ścigania sprawców oraz zastosowań baz danych pozwalających nam na bardziej efektywne i szybsze wykrywanie seryjnych morderców.

Moja specjalistyczna wiedza płynie również do policjantów, którzy dopiero uczą się zawodu albo się dokształcają. Pracuję także jako wykładowca na Uniwersytecie w Chociebużu, a dwadzieścia trzy książki, które już napisałem, pozwalają mi sfinansować nie tylko badania, ale częściowo również utrzymać rodzinę.

Ostatnie pytanie: czy potrafi Pan jeszcze beztrosko odwrócić się do kobiety plecami?

Zasadniczo do nikogo beztrosko nie odwracam się plecami – to chyba policyjna choroba zawodowa (śmiech).

Estibaliz Carranza – dwie twarze Lodowej Zabójczyni

Po dokonaniu zabójstw Carranza najpierw poćwiartowała ciała za pomocą piły mechanicznej, a następnie ukryła je w piwnicy lodziarni.

Pierwsza ofiara: Holger Holz, niczego nie podejrzewając, siedział przed komputerem, gdy Carranza strzeliła mu w tył głowy.

Carranza, mimo że miała dostęp do strzelb męża, zabiła obie swoje ofiary strzałami w głowę z ­pistoletu.

Atrakcyjna Hiszpanka poznała w Berlinie Holgera Holza. Razem przeprowadzili się do Wiednia, gdzie otworzyli lodziarnię „Schleckeria”. Po rozwodzie doszło jednak do sporu o to, kto ma dalej prowadzić interes...

– Dziś mam się pod kontrolą – wyjaśnia Carranza. Zaprzecza temu biegła sądowa: – Zabiłaby ponownie. Obecnie groźna morderczyni odsiaduje wyrok dożywocia w zakładzie dla... mężczyzn.

Lodowa Zabójczyni twierdziła, że była ofiarą przemocy. Według prokuratury pierwszą ze swoich ofiar zabiła jednak z zimną krwią po kłótni o lodziarnię. Drugiego mężczyznę podejrzewała o zdradę – choć nie miała dowodów, zapłacił za to życiem.

Hiszpanka Estibaliz Carranza już jako dziecko myślała o tym, żeby zamordować ojca. Wiele lat później chciała zabić swojego ówczesnego narzeczonego. Uszedł z życiem prawdo­podobnie tylko dlatego, że postanowiła zamieszkać w Niemczech.

W 2002 roku wyszła tam za mąż za Holgera Holza, z którym otworzyła w Wiedniu lodziarnię. Sześć lat później rozwiodła się, ale Holger nie zamierzał wyprowadzić się ze wspólnego mieszkania. Ta decyzja była dla niego wyrokiem śmierci. W czasie gdy niczego nieświadomy eksmąż siedział przed komputerem, ­Carranza strzeliła mu w głowę. Jego ciało poćwiartowała piłą łańcuchową i zabetonowała w piwnicy lodziarni.

Dwa lata później w podobny sposób zamordowała kochanka. Po skończonej kłótni mężczyzna, którego posądzała o romans, położył się spać. Wtedy spokojnie wyciągnęła pistolet, wycelowała i pociągnęła za spust. Zwłok pozbyła się tak jak poprzednio. Wpadła przypadkiem, gdy hydraulicy usuwający awarię w piwnicy natknęli się na ludzkie szczątki.

Irene Becker – Anioł Śmierci z Berlina

Irene Becker przez 35 lat zajmowała się bezbronnymi pacjentami. W czerwcu 2007 roku została skazana na karę dożywotniego pozbawienia wolności za pięciokrotne morderstwo. Do dziś nie wiadomo, ile osób rzeczywiście zabiła.

Przez długi czas nikt nic nie podejrzewał, mimo że na jej oddziale coraz częściej dochodziło do zgonów. Pierwszego pacjenta zabiła poprzez podanie za dużej dawki leku podczas reanimacji prowadzonej przez lekarza.

Becker zeznała, że do dziś nie żałuje żadnego ze swoich czynów.

Becker przez 35 lat pracowała jako pielęgniarka na oddziałach intensywnej terapii w berlińskiej klinice Charité. W tym czasie kilkakrotnie dała się poznać z negatywnej strony – zdarzało się, że biła pacjentów.

Nie ma odpowiedzi na pytanie, dlaczego pielęgniarka Irene Becker zabiła co najmniej pięć całkowicie bezbronnych osób na oddziale intensywnej terapii w berlińskiej klinice Charité. Wiadomo jedynie, że zanim aresztowano ją w październiku 2006 roku, odstępy między kolejnymi zabójstwami stawały się coraz krótsze.

Decydującej wskazówki dostarczył jeden z jej kolegów. Po pierwsze, zaniepokoiły go liczne zgony na oddziale. Po drugie, odkrył zużytą ampułkę z resztkami śmiertelnej mieszanki leków. Becker mordowała pacjentów, podając im za duże dawki medykamentów. Jej pierwsza ofiara to Hans-Joachim S.

– Becker wstrzyknęła mu niespostrzeżenie lek na obniżenie ciśnienia podczas reanimacji prowadzonej przez lekarza. Pacjent zmarł. Początkowo jej czyn pozostał niezauważony. Istnieją przypuszczenia, że poza pięcioma morderstwami, które jej udowodniono, popełniła lub próbowała popełnić także kolejne. Do dziś nie udało się ustalić, ilu osobom w ciągu 35 lat Becker tak naprawdę podała „zastrzyk śmierci”.

reklama

Przypadkowe zdemaskowanie

Seryjne morderczynie nie mają skłonności do inscenizowania swoich czynów, przechwalania się nimi ani do pozostawiania wskazówek, że to one są sprawczyniami – na przykład jako wyzwania dla policji. W efekcie prawie 30% z nich demaskowanych jest tylko przypadkiem. Z tego powodu eksperci zakładają, że liczba niewykrytych zabójstw jest znacznie wyższa.

Zero narkotyków

Stephan Harbort w różnorodnych badaniach naświetla kulisy zbrodni, które często ciężko pojąć. Okazuje się na przykład, że 84,2% sprawczyń morderstw nie zażywało narkotyków ani innych substancji, które mogły mieć wpływ na ich psychikę.

Dyskrecja

Zadziwiającą cechą seryjnych morderczyń jest fakt, że w większości przypadków żyły one w sposób zupełnie nierzucający się w oczy, zarówno przed zbrodnią, jak i po niej. Jedynie w przypadku co trzeciej zabójczyni okazało się, że z powodu niedostosowania się do akceptowanych zachowań społecznych otoczenie postrzegało ją jako „dziwną”.

Zobacz również

  • Czy William Szekspir istniał naprawdę, czy to był jedynie pseudonim jakiegoś średniowiecznego autora? Odpowiedź na powyższe pytanie mieli znaleźć badacze grobowca poety. Jednak wnioski naukowców... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.