Reklama
  • Czwartek, 6 lipca (10:05)

    Jak Newall Hunter posiadł wielki szlem zdobywców

Dotychczas zaledwie 15 osobom udało się dotrzeć pieszo na oba bieguny oraz wspiąć na najwyższe szczyty siedmiu kontynentów. Jedną z nich jest 53-letni Newall Hunter...

Reklama

Aby skompletować „wielkiego szlema zdobywców”, Newall Hunter zainwestował 13 lat swojego życia oraz – w przeliczeniu – ponad milion złotych. A przy tym wiele razy ryzykował życiem. Poniżej przedstawiamy dziewięć etapów jego podróży.

Nareszcie!” – myśli Newall Hunter, gdy stojąc na szczycie Denali, z wysokości kilku tysięcy metrów podziwia surowe piękno Alaski. To właśnie tu, na swojej górze przeznaczenia, która niegdyś niemal go zabiła, 53-letni informatyk świętuje największy triumf w życiu. Denali był bowiem dla niego ukoronowaniem „wielkiego szlema zdobywców”. Teraz mężczyzna już oficjalnie zalicza się do kręgu tych, którzy pokonali najwyższe góry siedmiu kontynentów oraz zawędrowali na oba bieguny. Do tego klub łącznie z nim należy jedynie 15 osób na całym świecie...

Już jako nastolatek Hunter chętnie wspinał się na szczyty 282 Munros (szkockich gór liczących ponad 3000 stóp, a więc 914 metrów wysokości). Jednak chciał wdrapywać się coraz wyżej – i dlatego też po zdobyciu w 2003 roku Matterhornu oraz Mont Blanc postanowił zmierzyć się z pierwszym spośród szczytów należących do tzw. Korony Ziemi – wznoszącą się na 6960 metrów n.p.m. Aconcaguą.

– To była trampolina, która dała mi wiarę, że mogę dokonać rzeczy wielkich – wspomina Hunter. Wtedy jeszcze nie miał w planie „wielkiego szlema”. Jego następnym celem było Kilimandżaro – okazało się, że również najwyższa góra Afryki nie stanowiła dla niego przeszkody nie do pokonania. Po sześcioletniej przerwie doszło do kluczowego momentu w przygodzie Huntera: gdy wspinał się na alaskański Denali (dawniej McKinley), rozpętała się burza. Informatyk sześć dni i nocy musiał wytrwać w temperaturze minus 47 stopni, przykryty jedynie plandeką.

Góry uczą cierpliwości i pokory

– Nauczyłem się wtedy, że są chwilę, gdy trzeba zawrócić. Jednak nie dał się odwieść od wyznaczonego celu – zaledwie kilka tygodni po tej nieudanej próbie zdobył Mount Everest. Od tego momentu był niczym w amoku. Najpierw wybrał się na 450-kilometrową wędrówkę przez Arktykę do bieguna północnego, potem zaliczył 52-dniowy forsowny marsz na nartach na biegun południowy oraz zdobył Masyw Vinsona na Antarktydzie. Jego sposób na sukces? – Zdobywanie gór to kwestia małych kroków, a nie wielkich celów. Myśl jedynie o dniu dzisiejszym, jutrzejszym – ale nie dalej niż do pojutrza. Podczas trwającego dziewięć miesięcy ostatniego etapu Hunter zdobył w końcu wysoki na 4884 metrów Puncak Jaya w Indonezji, Elbrus na Kaukazie i – jako wielki finał – Denali. Wszystkie wyprawy sfinansował dzięki ciężkiej pracy, odrzucając pomoc sponsorów.

– Chciałem móc powiedzieć: udało mi się, zrobiłem to sam. Hunter nie zamierza jednak spocząć i cieszyć się sławą. Kolejna przygoda już na niego czeka: – Być może przejdę zimą przez pustynię Gobi. To 2400 kilometrów w jakieś 55 dni – przy temperaturze spadającej do –45°C. Najbardziej kuszący jest fakt, że na taką wyprawę nikt się jeszcze nie odważył. Jeśli mu się uda, będzie sam w nowo powstałym klubie...

Zobacz również

  • Czasem widziano w nich wcielenie bóstwa, innym razem – pomocników szatana. Niekiedy też wykorzystywano je do prowadzenia wojen. Dziś, po długich latach odsądzania od czci i wiary, koty powróciły do... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.