Reklama
  • Poniedziałek, 13 marca (08:00)

    Genetyczny atak na Biały Dom

Pistolety, bomby, karabiny snajperskie – to już przeszłość. Następny zamach na amerykańskiego prezydenta może zostać przeprowadzony przy użyciu spersonalizowanej broni biologicznej. Ale jak pracują genetyczni kilerzy? I w jaki sposób amerykańskie Secret Service chroni Donalda Trumpa przed najgroźniejszym współczesnym wyzwaniem terrorystycznym?

Reklama

Konfiskują każdą szklankę, z której pił, mikrofony, do których przemawiał, i pościel, w której spał. Po publicznych wystąpieniach Donalda Trumpa pół tuzina agentów specjalnych niemal niezauważalnie dla kamer troszczy się o to, aby stwierdzenie obecności amerykańskiego prezydenta na podstawie śladów DNA było niemożliwe nawet dla techników kryminalistyki. Po co?

Jak złamać kod DNA Donalda Trumpa?

W dzisiejszych czasach każda cząsteczka skóry czy kropelka potu prezydenta Trumpa stanowi dla niego ryzyko. Powód: odkodowanie DNA człowieka, a następnie odpowiednie zmanipulowanie genomu bakterii lub wirusa i skonstruowanie w ten sposób zindywidualizowanej broni biologicznej jest już zadziwiająco proste. Jak jednak mógłby przebiegać taki atak?

W gruncie rzeczy spersonalizowana broń „B” działa jak nowoczesna terapia nowotworowa. Również w jej przypadku z pomocą DNA pacjenta i złośliwych komórek opracowuje się odpowiednio dopasowane środki ­bojowe, tzw. magiczne kule (magic ­bullets), aby zastosować je przeciw tkance rakowej.

Tę zasadę chcą wykorzystać także biohakerzy – tyle że zmanipulowaliby magic bullets w taki sposób, aby atakowały one zdrowe komórki. Indywidualnie dobrany złośliwy kod mógłby zostać umieszczony na przykład w wirusach grypy. Gdyby biohakerzy rozpylili je na spotkaniu z wyborcami, 99,9% jego zainfekowanych uczestników narzekałoby tylko na katar i gorsze samopoczucie.

Wyłącznie dla jednego wiec zakończyłby się śmiercią kilka dni później: dla prezydenta USA Donalda Trumpa. W przypadku ataku DNA 40 tysięcy agentów z 94 różnych służb policyjnych, wojskowych i jednostek bezpieczeństwa, którzy nadzorowali rozpoczęcie pełnienia urzędu nowego prezydenta USA, byłoby bezradnych.

– Nawet eksperci mieliby kłopoty z rozpoznaniem spersonalizowanego bioataku na głowę państwa. Byłby to zamach bez śladów – wyjaśnia specjalista do spraw bezpieczeństwa Marc ­Goodman. Na rynku znajdują się już leki, których można by użyć w roli takich zabójców określonych rodzajów komórek.

– Genetyczne wycelowanie ich w konkretną osobę jak dotąd nie miało miejsca – mówi ­Jimmy Lin, genetyk z Uniwersytetu Waszyngtona w Saint Louis. – Ale dla kogoś dysponującego odpowiednimi środkami już za kilka lat będzie to wykonalne.

Podobnego zdania są też chyba Tajne Służby Stanów Zjednoczonych (United States Secret Service), których zadaniem jest ochrona prezydenta. Agenci rygorystycznie usuwają wszelkie ślady DNA pozostawione w miejscach publicznych przez Donalda Trumpa. A to dlatego, że już w jednej komórce skóry zawarte są informacje potrzebne do budowy mikro­biologicznego pocisku manewrującego.

Skonstruowany na tej zasadzie wirus może stać się perfekcyjnym narzędziem zbrodni. Istnieją już wprawdzie bioskanery, które w niecałe trzy minuty potrafią rozpoznać popularne chorobotwórcze wzory DNA, ale i one byłyby bezsilne wobec kompletnie nowych, zindywidualizowanych zarazków.

– Gdyby taki zamach przeprowadzono we właściwy sposób, nic nie wskazywałoby na atak terrorystyczny. Prezydent zmarłby na nieznaną infekcję – wyjaśnia Andrew Hessel, ­biotechnolog, futurolog i doradca naukowy NASA.

Taki szkodnik zostaje zaprogramowany jak wirus komputerowy. – Komórki to hardware, a DNA – software – mówi Hessel. Dowodu na to, że tego typu atak może nastąpić, dostarczył już w 2010 roku Craig Venter. Człowiek, który rozszyfrował ludzki genom, w laboratorium stworzył – a więc zaprogramował – życie z niczego.

On sam określa powstałą sztucznie bakterię „pierwszym ­samodzielnie rozmnażającym się gatunkiem na naszej planecie, którego ojcem jest komputer”.

Ile kosztuje broń ­biologiczna?

– Możliwości użycia przeciw nam tego typu broni przez terrorystów znacznie wzrosły – stwierdziła w przemówieniu otwierającym konferencję nt. broni biologicznej w 2011 roku ówczesna sekretarz stanu USA Hillary Clinton. Aby wyprodukować broń biologiczną z pomocą zmanipulowanych wirusów i obcego DNA, nie trzeba już bowiem być inżynierem ­genetycznym.

O ile 17 lat temu koszty rozszyfrowania ludzkiego kodu genetycznego wynosiły ok. 300 mln dolarów, dziś da się to zrobić za ułamek tej kwoty.

– Żadna inna technologia nie doświadczyła tak gwałtownego spadku cen. Obecnie to koszt tysiąca dolarów, a za pięć lat zdekodowanie ludzkiego genomu będzie wydatkiem rzędu stu dolarów – tłumaczy doradca do spraw bezpieczeństwa Marc ­Goodman i dodaje: – Postęp technologiczny oraz drastyczne obniżanie się kosztów czynią z biohakerstwa największe zagrożenie terrorystyczne w najbliższym czasie.

Sprawdzone projekty budowy broni biologicznej istnieją od dawna i można je z przerażającą łatwością odnaleźć w internecie. Eckard Wimmer skonstruował wirusy polio (groźnej choroby zakaźnej) dzięki genomom zamówionym w specjalistycznej firmie prowadzącej sprzedaż wysyłkową!

Aktualnie jest to dość drogie przedsięwzięcie, ale – jak szacuje Marc Goodman – do 2020 roku „wydrukowanie” wirusa będzie kosztować zaledwie trzy dolary i zajmie kilka minut. Śmiertelną epidemię będzie więc można rozpętać za „grosze”.

Czy człowieka można zresetować?

DNA jest potężną bronią – wiedzą o tym także Stany Zjednoczone. Według dokumentów, które pojawiły się na demaskatorskiej witrynie internetowej WikiLeaks, poprzednia sekretarz stanu USA, Hillary Clinton, poinstruowała służby dyplomatyczne na całym świecie, aby potajemnie zbierały próbki śladów genetycznych szefów państw i ważnych urzędników.

Czyżby Amerykanie planowali bio­ataki? A może już je przeprowadzili, nie pozostawiając przy tym śladów? Prezydent Wenezueli Nicolas Maduro dał do zrozumienia, iż jest przekonany o tym, że nowotwór jego poprzednika i wielkiego wroga Stanów Zjednoczonych, Hugo Chaveza, mógł zostać wywołany przez tajne służby USA.

– Miał raka, który rozwijał się i reagował na leki inaczej niż znane odmiany tej choroby – stwierdził. Przepisy w większości europejskich państw zabraniają „przemycania” nowo skonstruowanych genomów do organizmów – przynajmniej w domowym zaciszu. Eksperymenty tego typu można przeprowadzać jedynie w akredytowanym laboratorium, które spełnia określone standardy bezpieczeństwa.

Co się jednak stanie, gdy terroryści odkryją możliwości zmanipulowanych sekwencji genów? Jak Secret Service może zabezpieczyć Donalda Trumpa i przyszłych prezydentów USA przed zamachem bioterrorystycznym w czasach, kiedy można go przeprowadzić coraz łatwiej i taniej?

Specjaliści podają dwa scenariusze. Pierwszy jest taki, że głowa państwa będzie wiodła życie pod hermetyczną osłoną i żadne DNA ani nie przeniknie do środka, ani nie wydostanie się na zewnątrz. Inaczej choćby najlepiej wyposażone i wykwalifikowane tajne służby nie zagwarantują swojemu szefowi ochrony przed bioatakami, tak samo jak nie są w stanie ustrzec go przed przeziębieniem.

Druga możliwość jest natomiast taka, że Trump zaakceptuje całkowity reset, coś w rodzaju reinstalacji systemu operacyjnego na komputerze. Już dzisiaj z głową państwa podróżuje ­coraz więcej porcji krwi zakonserwowanej na wypadek konieczności szybkiej transfuzji.

W przyszłości mógłby dołączyć do tego pojemnik z „czystym” prezydenckim DNA w formie komórek macierzystych. Dzięki takiej zapasowej kopii danych dałoby się (na przykład poprzez transplantację szpiku kostnego) kompletnie „wyzerować” jego układ immunologiczny. Zbieranie szklanek przez agentów ­Secret ­Service jest więc tylko pierwszym środkiem ostrożności...

Jak przeprowadzić genetyczny zamach?

Krok 1 – kradzież DNA

Używana chusteczka lub szklanka posiadają wszystkie informacje na temat genetycznego software’u prezydenta USA. Napastnik nie musiałby nawet się do niego zbliżać, ponieważ DNA jest bardzo stabilną cząsteczką i w sprzyjających warunkach może przetrwać tysiące lat. Prawdopodobnie wystarczyłby zeszyt ze szkolnych lat lub ubranie młodego Trumpa.

Krok 2 – analiza

W laboratorium materiał zostaje skopiowany i przeanalizowany. Trwa to, w zależności od jakości wyjściowej próbki, od kilku dni do wielu tygodni i jest wykonywane przez wyspecjalizowane firmy. Odpowiednie wyposażenie (używane) można też kupić za ok. 100 tysięcy złotych na eBayu.

Krok 3 – konstrukcja

Jeżeli napastnik posiada genetyczny odcisk palca jakiejś osoby, to przy pomocy ogólnodostępnej bazy danych może zaprojektować na komputerze śmiercio­nośny wirus „skrojony” na miarę.

Krok 4 – synteza

Kod genetyczny wirusa musi teraz zostać wprowadzony do nośnika. Również tym zajmują się profesjonalne laboratoria, dostarczające gotowy produkt w dowolne miejsce na świecie.

Krok 5 – atak

Po teście i powieleniu zamachowiec dyskretnie rozpyla ukrytą na przykład w butelce perfum broń biologiczną w pobliżu prezydenta USA. Jeżeli dysponuje spersonalizowanym wirusem, to wystarczy zainfekować nim kogoś z otoczenia Donalda Trumpa.

Dla innej osoby zarazek jest niegroźny – służy ona jedynie za nosiciela. Lecz kiedy wirus dociera do organizmu prezydenta, niszczy jego układ odpornościowy i doprowadza do pewnej śmierci.

Zobacz również

  • Czy William Szekspir istniał naprawdę, czy to był jedynie pseudonim jakiegoś średniowiecznego autora? Odpowiedź na powyższe pytanie mieli znaleźć badacze grobowca poety. Jednak wnioski naukowców... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.