Reklama
  • Piątek, 29 stycznia (15:05)

    Anna Ciepielewska. Tragedia odebrała jej ukochanego

Gdy na planie debiutanckiego filmu spotkała przystojnego studenta, myślała, że to miłość jej życia.Ale ona pojawiła się później,już po jej ślubie.

Reklama

Była jedną z najmłodszych kandydatek przystępujących do egzaminu na PWST. Miała wtedy zaledwie 17 lat. Profesorowie nie mieli pewności, czy w ogóle dopuszczą Annę Ciepielewską (†70) do egzaminu. Ale była tak dobrze przygotowana, że zdała bez problemów.

Nic dziwnego, skoro już w liceum organizowała i reżyserowała szkolne imprezy artystyczne i brała czynny udział w kółku teatralnym. Do szkoły aktorskiej zdawała na polecenie dyrektorki liceum, sama myślała bowiem o bardziej statecznym zawodzie – architekta.

Nie zdążyła jeszcze opuścić murów PWST, kiedy w 1955 r. zaproponowano jej rolę w filmie „Godziny nadziei”. Na planie obrazu pojawił się też Stanisław Niwiński, ówczesny student krakowskiej szkoły teatralnej. Ani ona, ani on nie zagrali głównych ról, ale ten film przesądził o całym ich życiu.

Doprowadzał ją do płaczu, głodził

Po latach zgodnie twierdzili, że to była miłość od pierwszego wejrzenia. Wkrótce się pobrali, a po ukończeniu studiów chcieli też wspólnie pracować w jednym teatrze, najlepiej w stolicy. Nie było im to jednak dane od razu. – Tak zarządził los. Miałam narzeczonego z Krakowa. Ja byłam z Warszawy. Mnie nie chcieli zaangażować tam, jego tutaj. Spotkaliśmy się więc w połowie drogi, w Kielcach – opowiadała Ciepielewska. Pierwsze lata małżeństwa spędzili więc wędrując po teatrach całej Polski.

Z Kielc przenieśli się Poznania, a stamtąd do Katowic, nim nareszcie związali się ze scenami stolicy. Byli już wtedy rodzicami syna, Grzegorza, który przyszedł na świat pod koniec lat 50. Wydawało się, że nic nie może zagrozić ich szczęściu... W 1961 r. Anna zagrała w filmie, który przeszedł do historii polskiego kina. „Pasażerka” okazała się ważna dla Ciepielewskiej również z powodów osobistych. Reżyserem filmu był Andrzej Munk, z którym aktorkę połączył gorący romans. Zafascynowani sobą nie baczyli na to, że oboje mają rodziny. Munk od 1946 r. był mężem Halszki Próchnik, wnuczki Ignacego Daszyńskiego. Choć reżysera i aktorkę połączyło namiętne uczucie, Andrzej nie traktował ukochanej ulgowo.

– Bywało, że doprowadzał mnie do płaczu, a nawet głodził, żebym poczuła, co to głód, ale potrafił być na planie także troskliwy – wspominała współpracę z nim. Nie wiadomo, jak potoczyłyby się ich losy, gdyby nie tragedia z 20 września 1961 r. Tego dnia Munk wracał samochodem z Warszawy do Łodzi. Jechał zbyt szybko. Choć przeżył wypadek, do szpitala w Łowiczu trafił w ciężkim stanie i tam zmarł na skutek wewnętrznych obrażeń. Anna długo nie mogła się pozbierać po tej stracie. Ale ze względu na ukochanego jedynaka postanowiła zawalczyć o swo- je małżeństwo. Małżonkowie zażegnali kryzys. Oboje oddali się pracy w teatrze.

– Całkowicie spełnialiśmy się na scenie. Żyliśmy trochę jak niebieskie ptaki. Do dziś nie rozumiem ludzi, dla których najważniejsze jest posiadanie, dorabianie się. Czego ja się dorobiłam przez te wszystkie lata? Mam mieszkanie, dom na wsi, jeżdżę maluchem – mówiła aktorka. Czas pokazał, że związek aktorów udało się uratować na krótko. W 1978 r. podczas rejsu statkiem Batory Stanisław poznał tłumaczkę Annę Majewską, młodszą od niego o 18 lat. Po ponad 20 latach małżeństwa z Ciepielewską zdecydował się zacząć wszystko od nowa. Odszedł od żony, a wkrótce potem doczekał narodzin drugiego syna.

Nie traciła nadziei

Anna została sama i już nigdy nie związała się z żadnym mężczyzną. Jednak deklarowała, że nie czuje się opuszczona. – Mam tyle zainteresowań, tylu przyjaciół i życzliwych ludzi wokół siebie, że nie odczuwam samotności. Właściwie nie wiem, co to jest samotność. Myślę jednak, że samotność to po prostu niedogrzane mieszkanie, a przecież zawsze można je ogrzać, jeśli ma się ochotę – przekonywała. Jej dom tętnił życiem, odwiedzali ją przyjaciele i ukochany syn.

Cieszyła się z sukcesów Grzegorza, który skończył ASP, a potem z narodzin wnuków: Mateusza i Jana. Nikomu nie mówiła, że walczy z ciężką chorobą, rakiem. Wolała robić to w tajemnicy, mocno wierząc, że uda jej się z nią wygrać. Do ostatniej chwili nie traciła na to nadziei. Przygotowywała się do roli w jubileuszowym przedstawieniu absolwentów warszawskiej PWST z 1956 r. Niestety, nie zdążyła w nim wystąpić. Zmarła w maju 2006 r.

Zofia Król

Rodzinne strony

Choć urodziła się w Ostrogu nad Horyniem, nie uważała się za Wołyniankę. – Ojciec pochodził spod Radomia, matka spod Krakowa. Wołynia nie pamiętam, bo kiedy wybuchła wojna i musieliśmy uciekać, by nie wywieźli nas na Syberię, miałam trzy lata – wspominała aktorka. Wojna, wbrew pozorom, nie odcisnęła na niej traumatycznego piętna.

– Nie miałam świadomości niebezpieczeństwa. Ani wtedy, gdy Niemcy przyglądali się, czy nie jestem dzieckiem żydowskim, bo miałam ciemne włosy. Ani, gdy ojciec zaangażowany w konspirację dawał mi do niesienia koszyczek z dokumentami – twierdziła. Pod koniec wojny zamieszkała z rodzicami w Częstochowie.

Przyszła na świat w Ostrogu nad Horyniem na Wołyniu. Ale po wybuchu II wojny światowej musiała stamtąd uciekać.

Na żywo
Więcej na temat:Andrzej Munk | Nie | Ona | O.N.A. | ona | PWST | tragedia | Andrzej | Kielce

Zobacz również

  • Widok osób celujących telefonem w samych siebie, aby zrobić zdjęcie, nikogo już nie dziwi. Jednak, choć nie ma w tym nic złego, psychologowie radzą, by… zachować umiar. Dlaczego? więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.